Kultura trollerki

Dawno, dawno temu (czyli przed kilkoma laty) trollowanie było odbierane jednoznacznie negatywnie (ok, może za wyjątkiem 4chana). Troll co prawda mógł czuć satysfakcję z efektów swoich działań, ale otoczenie zwykle go potępiało („nie karmić trolla!”). Wielu mniej doświadczonych dyskutantów nabierało się jednak na sztuczki trolli, także dlatego, że znaczenie terminu „troll” i typowe dla niego zachowania znane były wąskiej grupie stałych bywalców for. Z czasem także nie-nerdzi zaczęli kojarzyć o co chodzi z tymi trollami i zjawisko zaczęło przenikać do mainstreamu.

W międzyczasie rozwinęły się nowe sposoby na ładowanie swojego ego i zarabianie w Sieci. SLK (Shery, Lajki i Komentarze) na Facebook, łapki na YouTube, odsłony wpisów i filmów, shery twittów itd. – wszystkie one pokazują trollom wymierne efekty ich działań. Paweł Tkaczyk mógłby tu pewnie dodać krótki wykład nt. mechanizmu grywalizacji, który motywuje do generowania treści mających jeszcze więcej SLK niż nasz poprzedni wpis albo wpis innego trolla. Już przeciętny internauta wie, że 100 tys. odsłon na YT to niezły wynik, podobnie jak kilkadziesiąt komentarzy na prywatnym profilu na FB.

To wszystko ostatecznie da się przełożyć na pieniądze – odsłony reklam na profilu na YT lub portalu newsowym, popularność blogu (przekładająca się na zlecenia lub deale z reklamodawcami), czy strony na Facebooku (dużo fanów -> „oh, to musi być świetna agencja, zatrudnijmy ich!”) itd. Podsumowując – trollerka stała się skutecznym sposobem na zarabianie w Sieci. Jasne, poza nią także można było dorobić się na trollingu, co pokazuje przykład Janusza Korwin-Mikkego, ciągle zapraszanego do przeróżnych programów i pisującego felietony dla ogólnopolskich pism. Problem w tym, że jeśli nie lubię felietonów JKM, to nie kupuję płacącej mu gazety i tym samym nie nabijam kabzy JKM. Jeśli jednak chcę wyrazić swój dislajk dla felietonu w „Przekroju” poprzez negatywny komentarz na FB, to chcąc nie chcąc, podbijam jego edgerank i udostępniam informację o nim moim znajomym. Ostatecznie „Przekrój” i tak na mnie zarabia.

Oswojony troll

Osobiście niepokoi mnie, że trollerka została oswojona, stała się elementem naszej codziennej komunikacji jak cynizm i sarkazm. I bywa, że tak jak znajomi doceniają celny sarkastyczny komentarz, tak samo wybaczą albo wręcz pochwalą udany (ich zdaniem) akt trollerki. Trollowanie przestało być czymś godnym potępienia, ba! traktuje się to często jako rodzaj zabawy (przykład grupa PL trolololo na FB). Ktoś się poczuł urażony? U mad bro?

Zdjęcie pochodzi ze strony lototees.com
(i teraz także na mnie zarabiają trolle…)

Doprowadziło to do tego, że każdą treść, nie tylko w Sieci, należy przepuszczać przez filtr „troll – yes/no?”. Powinienem komentować ten wpis/artykuł/film? Czy autor wierzy w to co pisze? Czy ma reklamy na swoim kanale czy tylko chce zabawić się cudzym kosztem? Czasem jednak filtr zawodzi i nie potrafię rozstrzygnąć.

  • Gdy czytam fatalny artykuł w „Przekroju” (celowo nie linkuję), będący komentarzem do fatalnej audycji Wojewódzkiego i Figurskiego, nie wiem, czy redakcja traktuje siebie i czytelników serio, czy też chodzi o wygenerowanie jak największej liczby SLK.
  • Czy naprawdę Agora oszczędza na korekcie na Gazeta.pl, czy też liczy na wygenerowanie SLK? Przyznam, że parę razy linkowałem do ich tekstów z pełnym świętego oburzenia komentarzem (potem Jacek Szlak uświadomił mi, że moje nabijanie odsłon Agorze nie jest skutecznym sposobem na skłonienie ich do wprowadzenia korekty).

Na koniec polecam IMO najważniejszy polski dokument 2012, który uświadomił mi, że trollerka to już mainstream i element modeli biznesowych. Autorzy „Gr@żyny” pokazują z jaką łatwością można zaprojektować i stworzyć trolla, który wywołoła silne emocje u tysięcy internautów i wygeneruje 2 mln odsłon na YT ($$$). Eksperyment doszedł jednak do etapu, którego nawet sami twórcy się nie spodziewali…