Internetowy lincz – nowe media, stare praktyki

Zapatrzeni w nowe gadżety zapominamy, że nie wszystkie konsekwencje postępu technologicznego są pozytywne. Bywa, że powoduje on powrót zjawisk, o istnieniu których zdążyliśmy zapomnieć. Tak niestety jest z linczami – o samosądach w realu już prawie nie słyszymy, tymczasem ich internetowe odpowiedniki zdarzają się  coraz częściej. Pewnie nawet brałeś/aś udział w choć jednym z nich.

Wpis ten stanowi komentarz i rozwinięcie do mojej prezentacji z konferencji InternetBeta 2012. Nie należy go traktować jako tekstu naukowego, choć badając zjawisko linczów starałem się trzymać naukowej metody.

(BTW, jeśli również interesujesz się zjawiskiem internetowych linczów, to proszę o kontakt)

Społeczeństwo od dawna ma swoje sposoby…

Lincz/samosąd:

Wymierzenie kary przez osoby nieuprawnione, zwykle krótko po wzbudzającym silne emocje zdarzeniu. Służy ukaraniu osoby naruszającej normy, zastraszeniu i kontroli grupy.

Zwróćcie uwagę, że uczestnicy pozują do zdjęcia, nie ukrywają twarzy.

W dzisiejszych czasach lincze zdarzają się dużo rzadziej niż dawniej (np. w USA w latach 1882-1968 w linczach zabito 4743 osoby). Pewnie pamiętacie lincz we Włodowie (w oparciu o te wydarzenia powstał film „Lincz”), ale zdajecie sobie sprawę, że stanowią one rzadkość. Tymczasem w cyberprzestrzeni zdarzają się one coraz częściej, każdego roku słyszymy o co najmniej kilku. O wielu nie dowiemy się nigdy, gdyż dotyczą one małych społeczności. Nie kończą się one co prawda śmiercią ofiar (na razie), ale często są dla nich dramatycznym wydarzeniem odciskającym piętno na życiu osobistym i karierze. I te dawne lincze i te współczesne internetowe mają te same przyczyny.

Od wieków społeczności praktykowały różne formy nieusankcjonowanej prawnie przemocy wobec jednostek, które czymś zawiniły. Najlepiej kojarzymy lincze kończące się okaleczeniem/śmiercią ofiary, ale nie są one jedyne. Zwyczaj charivari służył głównie piętnowaniu przez społeczność osób występujących przeciwko „dobrym obyczajom”, np. starszego mężczyzny spotykającego się ze znacznie młodszą kobietą, czy wdowca, który zbyt szybko (wg społeczności) znalazł sobie nową żonę.

Co charakterystyczne, charivari wymagało organizacji, grupa zbierała się, a następnie maszerowała przez wieś/miasteczko pod dom ofiary robiąc przy tym maksymalnie dużo hałasu: tłum skandował, śpiewał, walił w garnki. Była to zatem bardzo spektakularna forma wymierzania kary.  Nawet jeśli ktoś ze społeczności nie brał w udziału w pochodzie, musiał się dowiedzieć  o stosunku tłumu do ofiary.

(jakieś skojarzenia z obecnymi linczami internetowymi? Memy, obrazki, piosenki, remiksy? Czym bardziej spektakularny, tym lepszy)

Inną formą agresji było tarzanie w smole i pierzu – również czynione grupowo, polegające bardziej na wyrażeniu gniewu społeczności i upokorzeniu ofiary niż jej zabiciu. Często celem było także skłonienie jej do opuszczenia społeczności. Polecam zapoznać się z historią Johna Meintsa – jest tu wszystko: Rozemocjonowana społeczność szukająca ofiary, akt upokarzającej agresji, udowodnienie swojej niewinności przez ofiarę i… sąd, który uznaje, że uczestników zajścia należy uniewinnić, gdyż ich gniew był zrozumiały.

Co łączy powyższe formy agresji?

  • Masowe, angażujące społeczność
  • Hałaśliwe, spektakularne
  • Służące wymuszaniu przestrzegania norm danej społeczności

Fast forward do 2012 roku. Technologia znacznie się rozwinęła, niestety ludzie nie zmienili się aż tak bardzo i stare mechanizmy nadal działają. Jakie przyczyny stoją za tradycyjnymi i internetowymi samosądami?

  • Naruszenie norm – społeczność atakuje jednostki, które złamały panujące w niej reguły. Kiedyś mogło to być złamanie niepisanego prawa (czarny podnoszący rękę na białego). W Internecie błahość przyczyn bywa absurdalna. Jaką świętą normę naruszył bowiem Zbigniew Hołdys? Stanął on w opozycji do „normalnego” wśród młodych ludzi stanowiska w sprawie ACTA.
  • Potwierdzenie swoich poglądów – udział w grupowym ataku na ofiarę łamiącą dane normy potwierdza, że dana społeczność wierzy w te normy i potwierdza tym samym wyznawane przez siebie poglądy. Skoro jadę po Hołdysie za popieranie ACTA, to utwierdzam się w przekonaniu, że ACTA jest zła.
  • Potwierdzenie przynależności do grupy – lubimy czuć się członkiem większej społeczności. Jeśli jestem nastoletnim jutubersem i wszyscy moi znajomi jadą po pani Grażynie, to atak na nią stanowi wyraz przynależności do tej grupy.
  • Dążenie do zachowania władzy grupy – najmniej oczywista z przyczyn, bardziej widoczna w czasach tradycyjnych linczów. Gdy biali na południu katowali czarnych walczących ze społeczno-ekonomiczną opresją, walka o władzę była jednoznaczna. O to samo jednak chodziło w linczu na Hołdysie, walka o władzę toczy się obecnie także na polu dostępu do kultury. On uosabiał interesy establishmentu chcącego zaostrzyć kontrolę nad dostępem.

Przypadek Zbigniewa Hołdysa

Prześledźmy przebieg typowego linczu internetowego na przykładzie tego, co spotkało Zbigniewa Hołdysa.

Lincz internetowy jest gwałtowny, ale krótkotrwały. Energia i zainteresowanie uczestników szybko się wyczerpuje.

Przebieg internetowego linczu

1. Przyszła ofiara narusza normę.

Wszystko zaczyna się od tego, że ofiara narusza normę. W tym przypadku Hołdys podpadł popierając ACTA, podczas gdy normą w internetach był sprzeciw wobec projektu. Postawa Hołdysa spotkała się z ogromną niechęcią młodych internautów. Przy okazji okazało się, że mechanizmy grupowe potrafią być silniejsze od racjonalnego myślenia.  Jak celnie stwierdził Krzysztofa Gonciarza we vlogu nt. Projektu Gr@żyna: te same osoby, które walczyły o wolność internetu, odmawiały wolności słowa osobie, wypowiadającej poglądy sprzeczne z ich własnymi.

2. Społeczność kieruje agresję słowną przeciw ofierze.

Ruszyła lawina wpisów, komentarzy i filmików w mniej lub bardziej wulgarny sposób atakujących Zbigniewa Hołdysa.

3. Histeryczny kontratak ofiary.

W tym momencie często zaskoczona i zagubiona ofiara próbuje kontratakować. Zbigniew Hołdys ze złością odpowiadał internautom i kasował ich komentarze na swoim fanpage’u. A to, jak się okazało, według internautów jest największą zbrodnią przeciw wolności słowa. Mogę cię w komentarzu oblać wiadrem gówna, ale jeśli skasujesz mój komentarz to jesteś cenzorem i nazistą.

4. Eskalacja agresji ze strony społeczności.

Zachowanie ofiary jeszcze bardziej drażni tłum, który w swoim odczuciu, znajduje potwierdzenie słuszności swoich ataków. Co jest charakterystyczne, agresorzy dążą do wykluczenia ofiary ze społeczności. A serwisy social media dają im nawet do tego narzędzia.

Zarówno w przypadku Gr@żyny, jak i ataków na Hołdysa wielokrotnie powtarzało się nawoływanie „wypierdalaj stąd”. Społeczność uznała, że nie pasują oni do internetów.

Bardziej jednoznacznie nie da się już wyrazić chęci wykluczenia ofiary.

5. Rusza proces generowania „memów” (cudzysłów, bo zgadzam się z Michałem Pałaszem, że większość tych tworów nie spełnia naukowej definicji memu. Ale się przyjęło…)

Pierwsze memy dotyczące ofiary mogą pojawić się już na początku linczu, ale w pewnym momencie proces ich generowania przybiera na sile – na kwejkach i demotywatorach rozprzestrzenia się kilka pierwszych obrazków, do których już każdy gimbus potrafi dorobić dowolny tekst, powstają przeróbki filmów z YouTube itd. Pojawiają się remixy remixów, jak np. ten poniżej:

Co mnie osobiście zaskoczyło, to fakt, że atakujący wcale nie starają się być anonimowi. Wpisy na Facebooku (często bardzo ostre) publikują pod własnym imieniem i nazwiskiem, na filmach pokazują twarze. Dlaczego? Nie wstydzą się? Przypomnijmy, że jako przyczyny uczestnictwa w linczu wymieniłem chęć potwierdzenia swoich poglądów i przynależności do grupy. Trudno o wstyd, jeśli atak na Hołdysa stanowi ekspresję poglądów wyrażanych przed grupą znajomych. W tym wypadku anonimowość byłaby wręcz bez sensu – jak mam udowodnić moim znajomym, że popieram ich poglądy skoro nie wiedzą, że ten błyskotliwy komentarz jest mojego autorstwa? W przypadku linczów amerykańskich uczestnicy także często nie starali się być anonimowi, wręcz przeciwnie – fotografowali się z ciałami ofiar, ze zdjęć robiono kartki pocztowe, powielano w tysiącach i rozsyłano do znajomych.

Gdy zaczynałem research, w mojej głowie (pewnie nie tylko mojej) głęboko siedziały tezy Gustava LeBona sformułowane w książce „Psychologia tłumu”. Jedna z nich głosi, że w tłumie jednostki zyskują poczucie anonimowości. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że… to bullshit. Współcześni naukowcy, w oparciu o wyniki badań obalili bowiem wszystkie hipotezy LeBona (polecam: „The Madding Crowd Goes to School: Myths about Crowds in Introductory Sociology Textbooks”). Niecodzienne zachowania uczestników tłumu naukowcy tłumaczą nie poczuciem anonimowości, ale przekonaniem o braku konsekwencji. Czy ktoś z uczestników linczu na Hołdysie poniósł jakiekolwiek konsekwencje?

Kolejne zjawisko występujące podczas linczów to ignorowanie moralfags i usprawiedliwianie przyjętych metod. Nagle okazuje się, że obrońcy wolności słowa walczący z ACTA potrafią w najwymyślniejsze sposoby tłumaczyć, dlaczego tej wolności słowa należy zabronić Hołdysowi. Pamiętacie atak Anonimowych na Gawkera? Każda osoba broniąca ofiary zaprzecza naszym poglądom usprawiedliwiającym lincz. A nikt nie lubi się mylić, szczególnie w tak wrażliwych kwestiach, jak poczucie sprawiedliwości.

6. Do ataku przyłączają się normalfags

W pierwszych etapach linczu biorą udział osoby mocno siedzące w jakimś temacie – aktywiści, hardcorowi userzy YouTube’a itd. Potem przyłączają się normalsi. Każdy jest w stanie wziąć udział w linczu lajkując głupi obrazek. Bardziej dotkliwe ataki ułatwiają instrukcje obsługi jednoznacznie wyjaśniające n00bom, co zrobić, aby dowalić ofierze.

I to jest, IMHO, jedno z największych zagrożeń i problemów wiążących się z linczami w Internecie. Media społecznościowe umożliwiły KAŻDEMU udział w samosądzie. Wystarczy zlajkować obrazek, aby zobaczyły go kolejne osoby, aby tocząca się śnieżna kula stała się jeszcze większa. Łatwość współudziału w linczu i brak refleksji poprzedzający kolejne lajki sprawia, że skala reakcji społeczności bywa kompletnie nieproporcjonalna do przewiny ofiary. Dla każdego z osobna akt agresji może wydawać się niewinny, ot drobny lajk, szer itd. (Ej, to tylko jeden niewinny lajk, przecież nie rzuciłem w nikogo kamienie, c’nie? ^^). Tymczasem dla ofiary setki tysięcy ludzi szerujących obrazki oznacza zniszczenie reputacji i prywatną/zawodową tragedię.

7. Wycofanie się ofiary.

W końcu ofiara uświadamia sobie, że nie jest w stanie wygrać z internetowym tłumem i odpuszcza. Wycofanie często wiąże się ze skasowanie profili w miejscach najbardziej narażonych na ataki. Wydaje wam się, że skasowanie profili w social media to małe piwo w porównaniu z powieszeniem na drzewie? Zgoda, ale pomyślcie ile czasu już teraz spędzacie w social media i jak ważna jest budowana tam reputacja. A teraz pomyślcie, co będzie za 10 lat.

IMHO, będzie jeszcze gorzej

Dlaczego?

  • Zwiększa się liczba internautów – przyjmijmy założenie z czapy, że jeden lincz rocznie wydarza się na 1 mln internautów. Rośnie liczba internautów, rośnie liczba linczów.
  • Więcej aktywności online – coraz więcej czynności wykonujemy online, profile w social media są coraz ważniejsze. Tym samym wszelkie ataki na naszą cyfrową tożsamość wiążą się z bardziej dotkliwymi konsekwencjami.
  • Mobile (lokalizacja) – także coraz więcej usług zbiera informacje o naszej lokalizacji. Część z nich te dane publikuje. Łatwiej zlokalizować ofiarę = większa szansa na fizyczny atak w realu.
  • Konflikty międzykulturowe – problem dobrze obrazują niedawne niepokoje w krajach muzułmańskich spowodowane trailerem filmu rzekomo obrażającego Mahometa. Robię coś w Polsce i nie narusza to norm żadnej społeczności. Ale trafia na to ktoś z drugiego końca świata i wpada w szał (urażeni Polacy dopadną cię wszędzie).

Bardzo chciałbym na koniec powiedzieć coś optymistycznego, ale nie znajduję zbyt wielu przesłanek… może to?

Dr Krzysztof Krejtz: „W badaniach, które zrobiliśmy, okazuje się, że w internecie norma kultury jest przekraczana w mniej niż 1% wszystkich wypowiedzi. Nie ma więc tego więcej niż w społeczeństwie.”
„Zabić celebrytę”, Newsweek 10/2012

W prezentacji miałem w tym miejscu przykład akcji Projekt Gr@żyna, ale Maciek Budzich opowiedział mi o reakcjach, z jakimi spotkał się w komentarzach na YT po coming-oucie twórców projektu : „Ach ci wstrętni hejterzy Gr@żyny! Zróbmy im to samo, co oni zrobili tej biednej kobiecie!” Czyli jednak takie akcje uczą niewiele…

APEL

  1. Zastanów się zanim zlajkujesz kolejny obrazek, filmik, komentarz atakujący kogokolwiek. Dla ciebie może się to wydawać błahą sprawą, ale nie wykluczone, że bierzesz udział w linczu internetowym.
  2. Jeśli pracujesz w mediach – wbij to sobie w końcu, k…a do głowy – hejtowanie celebrytów to nie jest forma rozrywki! Zachęcanie już w samym nagłówku do jechania po Joli Rutowicz albo Marii Peszek i wrzucanie tego do kategorii Rozrywka – TO JEST ZŁE! Skoro w jednej zakładce mojej przeglądarki internetowej wielki portal zachęca mnie do oblewania gównem celebrytki, to dlaczego w drugiej zakładce nie mam dowalić jakiejś nastolatce z drugiego końca świata?
  3. Bądźcie MORALFAGS. Sprzeciwiajcie się wszystkiemu, co nosi znamiona linczów internetowych.
  • Go_back

    bo co zlinczujesz mnie…???

  • używanie sformułowania normalfag jest chyba średnio eleganckie – ale opis procesu bardzo ciekawy!

    • Zdaję sobie sprawę, ale celowo użyłem określenia pochodzącego ze środowiska, które wielokrotnie inicjowało lincze.